×

Pierwszy rok bycia mamą - moje osobiste podsumowanie

Długo zastanawiałam się nad tym, co zawrzeć w tym tekście. Opowiem Wam bez ściemy, czego nauczyłam się będąc mamą przez minione dwanaście miesięcy. 


Mówi się, że pierwszy rok życia dziecka jest najtrudniejszy. Jakie w takim razie są kolejne lata? Łatwiejsze? Ja myślę, że są po prostu inne.

Kiedy na świat przychodzi dziecko, rodzą się również jego rodzice. W listopadzie 2017 roku narodziłam się jako matka. Przerażona, zagubiona, obolała, wiecznie martwiąca się. Kiedy teraz spoglądam wstecz, uśmiecham się do siebie w myślach. Teraz, rok później, jestem całkiem innym człowiekiem. 

Nauczyłam się bycia dobą dla samej siebie. Nauczyłam się odpuszczania. 

Najważniejsza lekcja, jaką wyniosłam z tych dwunastu intensywnych miesięcy, to... bycie dobrą dla samej siebie. Bycie wyrozumiałą dla samej siebie, bez biczowania się pozornymi problemami. Od kiedy pamiętam jestem perfekcjonistką i zawsze wymagałam od siebie bardzo dużo. Dopiero gdy zostałam mamą zauważyłam, że to nie było "dużo", tylko "za dużo". 

Po kilku miesiącach od narodzin Oli zdałam sobie sprawę, że wymagam od siebie zbyt wiele. Bo, cholera, umówmy się - to jest fizycznie niewykonalne. Posprzątane mieszkanie, obiad zrobiony, pies wybiegany, pranie zrobione, włosy i zęby umyte, uśmiech na twarzy i uczucie wielkiej miłości do dziecka w sercu, kiedy... maluch non stop na rękach, albo przy piersi, kiedy w nocy pobudki są co godzinę, a usypianie trwa dłużej niż ta godzina, kiedy wrzaskom nie ma końca, kiedy zmęczenie sięga zenitu, kiedy frustracja zjada nas od środka, kiedy hormony robią z mózgu jesień średniowiecza, a ludzie wokół mówią, że bycie mamą jest najpiękniejszym czasem w życiu. No coś mi się tutaj nie spina. 

Wtedy, gdy zdałam sobie z tego sprawę, odpuściłam. Polubiłam się z bałaganem, bo tak to właśnie jest, że przy dziecku można sprzątać, a pięć minut później bałagan jest jeszcze większy. Syzyfowa praca, stajnia Augiasza i kilka innych określeń z mitologii dobrze opisuje to zjawisko. 

Odpuściłam szaleńcze rzucanie się do mopa, odkurzacza, do garów, kiedy mała pójdzie na drzemkę. Zamiast walczyć o kawałek "dorosłego" życia bez dziecka, wolałam się położyć spać. Sześć miesięcy zajęło mi opanowanie tej umiejętności, bo wbrew pozorom nie jest łatwo spać wtedy, kiedy dziecko śpi. Przecież w tym czasie można robić tysiąc rzeczy, które nie są wykonalne z maluchem nieśpiącym. Tylko czy warto?

Odkryłam, że jestem piękna.

Po roku macierzyństwa moja cera wygląda milion razy lepiej, niż przed porodem. Właściwie wygląda najlepiej w całej swojej dotychczasowej karierze. Nie miałam czasu na makijaż, a jeśli miałam ten czas, to wolałam w spokoju wypić kawę. Włosy łamią się, nie rozdwajają, są błyszczące i zdrowe. Ja widać brak suszarki i prostownicy oraz rzadsze mycia wyszły im na zdrowie. 

Skóra na brzuszku wisi, uda większe niż kiedyś, rozstępy tu i tam, piersi jeszcze w miarę w porządku, ale wiem, że nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. Szczerze? Wisi mi to. I kocham to, że mi to wszystko wisi. Kilka lat temu, kiedy była młodsza i o wiele szczuplejsza, jędrniejsza i zadbana, nie podobałam się sobie. Teraz siebie kocham. Jestem super! 

Pogodziłam się z tym, że wyjście z domu może trwać godzinę (lub dłużej).

Mój mąż może potwierdzić, że zawsze długo zbierałam się do wyjścia. Kiedyś nie wyszłabym nawet wyrzucić śmieci bez pełnego makijażu i wyprostowanych włosów. Wstydziłam się swojej cery i nie czułam się sama ze sobą do końca dobrze.

Kiedy do pakietu makijaż+prostowanie włosów dochodzi płaczące dziecko urodzone zimą (co wiąże się z zakładaniem licznych, nielubianych przez noworodka warstw ubrań), to szykowanie się do wyjścia z domu zajmuje jakieś pięćset lat. Gdy te pięćset lat w końcu mija i wszyscy są gotowi okazuje się, że bobasa trzeba jeszcze nakarmić i zmienić mu pieluchę. No i wszystko zaczyna się od początku.

Dziecka z kupą w gaciach nie zostawię, więc zrezygnowałam z makijażu, układania fryzury i kilku innych (jak się okazało całkowicie zbędnych) czynności, jakie zwykle wykonywałam przed wyjściem z domu. 

Wiecie, tak naprawdę nie chodzi tylko o wyjście z domu. Podobnie jest z wyjazdem na wakacje, wyjściem po bułki do sklepu, pójściem do lekarza, na kawę na mieście czy do znajomych. Ja nie miałam możliwości zostawienia z kimś dziecka, więc wszędzie zabierałam je ze sobą. Każde takie wyjście wyglądało inaczej niż wtedy, gdy jeszcze nie byłam mamą. Na początku bardzo mnie to frustrowało, ale z czasem po prostu przywykłam do tego, jak wygląda codzienność z maluchem. Również ta codzienność odbywająca się poza domem.

Dowiedziałam się więcej, niż przez całe moje dotychczasowe życie. Na przykład, że dzieci są różne. 

Jestem typem człowieka, który strach oswaja wiedzą. Jeśli czegoś się boję, gdy coś mnie martwi - wtedy staram się dowiedzieć o tym jak najwięcej. Potwór zostaje ujarzmiony, a ja mogę funkcjonować dalej. 

Dzieci są różne. Bardziej i mniej wymagające. Takie, co nie chcą ciągle na ręce i szybko zaczynają przesypiać noce oraz takie, które wymagają uwagi non stop, a noce zaczną przesypiać zapewne wtedy, kiedy ich własne dzieci pójdą już na studia. Mój brzdąc należy do tego drugiego typu. 

Mocno przeżywane skoki rozwojowe? Mamy to! Ząbkowanie, które wygląda tak, jakby wymagało egzorcyzmów? Mamy to! Zaczynanie dnia o trzeciej w nocy? Mamy to! Szarpanie piersi jak Reksio szynkę? Mamy to! Usypianie przez kilka miesięcy tylko podczas długich spacerów w nosidle? Tak, to o nas! 

Przy tych (oraz wielu innych) przygodach dobrze jest wiedzieć, że kiepskie spanie to norma, zwłaszcza w okresach, gdzie może wystąpić regres snu. Dobrze wiedzieć, że jest coś takiego jak skoki rozwojowe i że niektóre dzieci naprawdę dają wtedy popalić. Dobrze wiedzieć, że dziecko z wiekiem może coraz więcej dziwnych rzeczy robić przy piersi i z piersiami (podczas karmienia). Dobrze jest wiedzieć, że bujanie pomaga maluchom zasnąć i niektóre potrzebują go więcej, niż inne. Dobrze jest wiedzieć, że dziecko jest tylko dzieckiem i naprawdę miażdżąca część jego "trudnych" zachowań jest po prostu normalna. Z tą wiedzą żyje się lepiej. Bez przekonania, że skoro moje dziecko kiepsko śpi i często płacze, to ja na pewno jestem kiepską matką ;)

Przekonałam się, że pediatra nie zna się na wszystkim.

Ogromnie frustrowało mnie, gdy w początkach macierzyństwa mówiono mi "rób tak, jak podpowiada Ci intuicja". No dobra. Intuicja nie powie mi, czego nie powinien jeść niemowlak na początku rozszerzania diety, czy wysypka na plecach to coś poważnego i co zrobić, kiedy maluch jest niespokojny przy piersi.. To wiedzą ludzie mądrzejsi ode mnie i z ich wiedzy nauczyłam się czerpać. I nie zawsze osobą, której słuchałam był pediatra, a wspomniana wcześniej intuicja nieraz zaprowadziła mnie na drugą konsultację do innego lekarza.

Pediatrzy bywają różni, kwadratowi i podłużni. Nie raz przekonałam się, że pediatra to nie jest specjalista ani od laktacji, ani od żywienia niemowląt i dzieci. Jeden lekarz sam przyznał, że na studiach  te tematy porusza się pobieżnie, a lekarz skupia się na chorobach dziecięcych. Dodatkowo, podobnie jak u dorosłych, są specjaliści od poszczególnych schorzeń (dermatolog, laryngolog i cała reszta).

Gdybym słuchała każdego pediatry, z którym miałam okazję się spotkać, już dawno nie karmiłabym piersią (bo mleko to sama woda! ;)), z powodu potówek na plecach, zdiagnozowanych jako wysypka na tle alergicznym, wprowadziłabym u siebie restrykcyjną dietę eliminacyjną (pamiętajcie, że powinien zalecać ją tylko alergolog!), a Ola wcinałaby marchewkę w niebezpiecznej pozycji półleżącej grubo przed końcem szóstego miesiąca życia (gdzie WHO i Ministerstwo Zdrowia jasno mówią, że u dzieci karmionych piersią dietę rozszerza się po pierwszym półroczu życia). 

Znalazłam ogrom wsparcia tam, gdzie się go nie spodziewałam.

Zasadniczo najwięcej wsparcia powinniśmy otrzymywać od bliskich nam osób. Ja takie wsparcie miałam w moim mężu i rodzinie, chociaż wiele młodych mam cierpi bardzo z powodu chociażby namolnych i dobijających porad własnych matek czy teściowych.

Wiadomo jednak, że najlepsze wsparcie, to wsparcie płynące od osób będących w podobnej sytuacji, od innych młodych mam. Takich, które mają podobne problemy, co my, albo już się z tymi problemami uporały.

Zanim zostałam mamą, nie doceniałam siły internetu i mam zrzeszonych w grupach na Facebooku, mam aktywnych również w innych mediach społecznościowych. Nie skłamię mówiąc, że nieraz podniosły mnie na duchu całkowicie obce kobiety, które spotkałam na Instagramie, a dzięki historiom nieznanych mi mam wiedziałam, że nie jestem sama i tak jak one dam sobie radę. 

Miałam przyjemność skorzystać z realnej pomocy ludzi internetu. Spotkałam się z konkretną, poleconą przez inną mamę, Certyfikowaną Doradczynią Laktacyjną (dzięki której nie poddałam się w karmieniu piersią). Dowiedziałam się, jak uspokajać dziecko odrzucające pierś w trakcie skoku rozwojowego (i to uratowało moją psychikę), wiele wsparcia dostałam od #instamatek w czasie, gdy baby blues rządził moją głową. 

----

Tak naprawdę przez ten rok nauczyłam się wiele więcej, ale to materiał raczej na grubą książkę, niż na wpis blogowy. Ciekawe, co przyniosą kolejne lata :)

Dajcie znać w komentarzach, jak wyglądał (albo teraz wygląda) pierwszy rok bycia mamą. Co Was zaskoczyło? Co Wam się podoba? Czekam na Wasze komentarze ♥

6 komentarzy:

  1. W lutym zostałam mamą po raz drugi i to nauczyło mnie jak różne mogą być dzieci tych samych rodziców �� pierwsze wiecznie aktywne, głośne, ale otwarte na innych i bardzo bezpośrednie, a drugie spokojniejsze, ale z ogromnym lekiem separacyjnym, bywały dni kiedy odejście na centymetr kończyło się placzem, nadal miemawy dni, kiedy Mała jest nieodkladalna... marzę o wyjściu samej - chociaż do toalety ������ jeszcze 7 lat temu kiedy zostałam młoda mama panowały inne zasady, internet nie był tak pomocny, nie wiedziałam o istnieniu skoków rozwojowych czy prawidłowym programowaniu żywieniowym ... W pewnych kwestiach chciałabym się wrócić i naprawić kilka rzeczy. A co do pediatrów - również ich rady omijam szerokim łukiem - po usłyszeniu na pierwszej wizycie, że dziecko mimo karmienia piersią TRZEBA dopajac woda, a jak nie będzie chciało pic to dosłodzić glukoza ������ pozdrawiam i podpisuje się pod zdaniem - następne lata nie są łatwiejsze - są inne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz! To ważne, co piszesz. Znam mamy, które są właśnie w szoku, że drugie dziecko jest inne. Czasem "łatwiejsze", a czasem "trudniejsze" w obsłudze. Ja zakładam, że z drugim jest o tyle prościej, że już wiadomo jak kąpać, na co zwrócić uwagę, co nas powinno niepokoić a co nie jak chodzi o sprawy brzuszkowe itd. Jednak temperament dziecka może być inny, no i z dwójką w domu, niezależnie od usposobienia dzieci, zawsze jest inaczej niż z tylko jednym. Ja sobie tak myślę, że w dzień już nie pośpi się na drzemce z maluszkiem, bo trzeba się drugim zająć przecież. Podzielam marzenie o wyjściu samotnie do toalety, albo przynajmniej o sikaniu bez trzymania bobasa na kolanach, bo jak jest centrymetr oddalony od mamy, to już jest koniec świata. Kiedyś czasy były inne, zalecenia też były inne (również te odnośnie żywienia). Nasze mamy też inaczej nas chowały, trzymając się tego, co w ich czasach było aktualnie zalecane, co wtedy się z dziećmi robiło. Nie oznacza to, że są gorszymi mamami <3 Myślę, że Ty też robiłaś wszystko to, co najlepsze dla dziecka :) Poza tym kto wie, może za kilkanaście lat się okaże, że to, co teraz uważane jest za dobre, okaże się niewystarczające. Jesteśmy mamami tu i teraz, myślę, że to się liczy :) PS. Ja też spotkałam się z propozycją podawania glukozy, jak Ola miała 8 tygodni. Trafiłam też na kilku sensownych pediatrów. To chyba jak ze wszystkim - zależy, na kogo się trafi :D

      Usuń
  2. Hey, ja jestem tu bo śledzę Cię tez na instagramie. Lubię twoje posty, i podziwiam za wytrwałość w trudnych chwilach, nie ukrywam ze twoje historie trochę podnoszą mnie na duchu , nie będąc niemiła, ale u was jest gorzej niż u nas, a myślałam ze moje przygody z biustem i zmęczenie to tragedia, nie zrozum mnie złe, podziwiam ze dałaś radę!! Ja sobie wyobrażałam wszystko zupełnie inaczej, wszyscy mi mówili ze moje dziecko będzie non stop płakać, i będę miała z nią problem, moja Bella ma teraz dwa miesiące, a tu się okazuje ze moja córeczka jak na razie jest spokójna płacze mało, uśmiecha się dużo a ja największy problem miałam i mam z moim biustem i pokarmem. Mieszkam w angli wiec jest tu trochę inaczej niż w Polsce, nie ma tak łatwo dostępu do specjalistów jak w Polsce, i tutaj mam wrażenie kobiety nie chcą karmic piersią wiec się aż tak nie promuje karmienia piersią, a może po prostu mało się mówi o tym, mi położne powiedziały jak urodziłam ze trzy dni po porodzie napłynie mi pokarm, indontego czasu mam przykładać mała do piersi, ale nie powiedział mi nikt ze w ciągu nocy napłynie mi tyle pokarmu ze nie będę aż mogła spać z bólu i ze będę musiała ten pokarm odciągnąć, mała nie mogła złapać nawet brodawki takie miałam nabrzmiałe piersi, ze mnie tylko pogryzła do krwi a ja nawet jak naciskałem i masowałem biust to za nim nie mogłam wydobyć z niego żadnej kropli mleka, dopiero kilka godzin później kazałam mężowi jechać i kulić elektryczna pompkę bo nie mogłam z bólu wytrzymać, miałam tyle okarmy ze aż mi się zrobiła „górka” pod pachą i się bałam ze dostanę jakieś zapalenie, ale wkoncu udało mi się wpompować mleko ale postanowiłam karmic mała butelka z moim mlekiem żeby moje brodawki mogły się zagoić, jak już się moje piersi zagoiły to postanowiłam spróbować karmic mała piersią i butelka żeby tez inni mogli ja karmic jak mnie nie będzie, no i po jakimś czasie mała już nie chciała być karmiona piersią, i się denerwowała jak ja przystawiając do piersi wiec postanowiłam zostać eping mama, wiec odciagam mleko i daje małej w butelce a resztę zamrażam w razie jakbym straciła pokarm, wiem ze ty i Ola tez miałyście kryzys i dałaś radę z niego wyjść, i wiem ze Cię to kosztowało dużo stresu i staram zeby Ola zaczęła na nowo być zainteresowana kamieniem piersią, niestety ja nie jestem w stanie wyobrazić siebie przechodzącą przez taki kryzys bo chyb psychicznie nie zniosłabym tego ze mała płacze, zwłaszcza ze od pon do piątku jestem sama z mała. Wiec w nowej sytuacji nie uważam ze do końca jest to najgorsze rozwiązanie dla mnie, bo mała dostaje mleko, wiem ile dokładnie zjada, moja teściowa nawet może ja karmic jak muszę gdzieś wyjść, ale niestety jest mi czasami bardzo przykro ze nie jestem w stanie jej karmic piersią i psychicznie jest to dla mnie trudne czasami, plus fakt ze muszę pompować 6-8 razy dziennie, na szczęście mój mąż mnie wspiera i mówi ze tak jest lepiej bo każdy się może mała zająć i faktycznie ona nie płacze jak ktoś się nią zajmuje i jest to jakieś lepsze rozwiązanie niż karmienie sztucznym mlekiem... ogólnie bycie mama nawet jak ma się spokojne dziecko jak moje, nie jest łatwe;( ale mam nadzieje ze Bella zostanie spokojna jak najdłużej ale zobaczymy za jakieś dwa/trzy miesiące jak sie zacznie ząbkowanie;) i nie mogę się już doczekać jak mała będzie już siadać i się śmiać;) no to jak na razie tyle.... chciałam się chyba z kims podzielić tym ze jest mi przykro ze nie karmie piersią... no i chyba mi jest lepiej teraz;) pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, cudownie, że karmisz piersią! Dlaczego uważasz to za porażkę? Jest specjalny termin dotyczący karmienia mlekiem mamy, ale nie bezpośrednio z piersi, to KPI - Karmienie Piersią Inaczej. Chwała Ci za to, że nie poszłaś na łatwiznę i nie podajesz mm, ale swoje, najbardziej wartościowe dla malucha mleko <3 KPI to jest ciężka robota i nie każdemu chciałoby się pracować z laktatorem w dzień i noc. Szkoda, że po porodzie nie otrzymałaś odpowiedniego wsparcia od położnej czy doradczyni laktacyjnej, jednak... nie jest to przecież Twoja wina :) Młoda mama, po porodzie, zwykle nie ma pojęcia jak przystawić dziecko do piersi, jak zweryfikować, czy efektywnie je, jak wylapać i poprawić ewentualne błędy. To się dzieje również w polskich szpitalach niestety. Ja miałam super opiekę po porodzie, doradczyni laktacyjne itd. Miałam po prostu szczęście. Super, że masz taką pomoc i wsparcie w mężu, mąż czy partner to jest pierwsza linia wsparcia, u mnie bez męża nie byłoby żadnego karmienia piersią. Nie ma co porównywac naszych sytuacji - są całkiem inne. Moja Ola od urodzenia umiała i lubiła ssać, a kryzys po 3 msc był po prostu przejściowy. Fajnie, że podzieliłaś się swoją historią :* Nie czuj się źle, jesteś super babka i wytrwała mama, która nadal karmi piersią, tyle że inaczej :) Pozdrawiamy!

      Usuń
  3. No cóż, moja Matylda jest tym bardziej wymagającym typem dziecka. Jest mamusina!
    Aktualnie przeżywa hardkorowy lęk separacyjny turbo do sześcianu, także to czego uczę się w pierwszym roku życia mojego dziecka i mojego macierzyństwa.. to bycie CIERPLIWYM I SPOKOJNYM CZŁOWIEKIEM! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, cierpliwość. O spokoju nie mówię, bo mi się akurat dość często zdarzały napady złości, chociaż jest już lepiej! Nie chcę myśleć, jakie umiejętnosci szlifuje się będąc mamą więcej niż jednego dziecka :D

      Usuń

Copyright © 2016 Macierzyństwo bez ściemy , Blogger